Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
11.1.
Strona Główna * Dodaj * Księga * Wpisz się

11.1.

Jedna z tych nocy, gdy nie ma księżyca. Mówi się, że odchodzi by opłakiwać swoje dzieci, gwiazdy, które gasną. Nie było też wiatru, świat stał w miejscu. Gorące, wilgotne powietrze zalegało w dolinie. Cykady rozpoczynały swój szalony koncert.

Misa krążyła wśród zebranych wokół ogniska, każdy do niej spluwał. Jedynymi towarzyszącymi im dźwiękami były cykady i mruczenie kobiety z głową opuszczoną na pierś. Misa wróciła do niej, a ona zamieszała w niej palcem i wyciągnęła go pod niebo. Wszyscy zgromadzeni przyglądali się mu z wielkim nabożeństwem, wstrzymując oddech. Urwane westchnienie, gdy palec szybko powędrował do jej twarzy i nakreślił pewną, grubą linię koloru bladego cynamonu na policzku. Nie przerywając mruczenia, narysowała kolejną na drugim policzku. Nagle podniosła głowę otwierając oczy. Jedynie białka i źrenice, czerń jej skóry, czerń jej oczu. Ogień rzucał na nią nienaturalną poświatę, jakby poruszał jej nieruchomą twarzą. Znów zanurzyła palec w misie i przejechała nim od czoła, przez nos i wpółotwarte usta, aż po sam dekolt, bujając się powolutku na boki. Odstawiła misę na ziemię, tuż przed sobą, i zgromadzeni zaczęli mruczeć z nią. Po chwili włożyła do mazi całe dłonie i przejechała nimi po twarzy wywołując tym ekstatyczne westchnienia i spojrzenia pełne żądzy.
Uniosła szmaciany woreczek i gdy zebrani nacieszyli nim oczy, pośród narastających mruków, wrzuciła go do ognia. Różowy płomień buchnął pod samo niebo, a ona oddała się duchom. Wywróciła czarne oczy i klęcząc na szeroko rozstawionych kolanach zawyła do gwiazd. Ludzie wokoło zaczęli falować niczym jedna masa. Ogień zgasł, jedynie żar tlił się wśród węgli jakie pozostały z drew. Dym snuł się ponad paleniskiem, ogarniał każdego z nich. Kobieta przypatrywała się mu przekrzywiając głowę jak szczeniaczek. Wstała i rozłożyła szeroko ręce, zamykając na powrót oczy, mrucząc coś jakby do siebie, w nikomu nie znanym języku.
Wtedy spojrzała na Niego. Stała przy Nim kobieta o wąskiej kibici usnuta z siwego dymu. Była mężczyzną bijącym dziecko. Była burzową chmurą. Była mieczem srebrnym. Była koniem w galopie i dzika przełęczą. Była chłopcem opuszczającym dom. Była królem we własnej osobie i służką o złotych włosach. Była błyskawicą niszczącą tę ziemię.
- Będziesz tym, co znajdzie spokój – wycharkała ze smiechem.
Mężczyzna drgnął nieznacznie, ale nie zmienił pozycji. Stał dalej wyprostowany pod drzewem. Kobieta wróciła myślami do reszty zgromadzonych, którzy zaczynali orgię bez niej i wślizgnęła się delikatnie pomiędzy nich.




Wreszcie coś pękło w tym twardzielu, w tym zadufanym w sobie bojowniku o wolność, i Hugo uważał to za osobisty sukces. Długo czekał na ten dzień i postanowił się z niego cieszyć.
Jednak ciągle kołatały mu w głowie opętańcze wrzaski Rafaela, rozbrzmiewały znienacka w niespodziewanych chwilach. Nie miał w zwyczaju współczuć, ale tamtej nocy widział ból, który zżera młodego Ranvalijczyka. Nie przywykł do tego widoku. Chłopak zwykł doprowadzać go do białej gorączki wyrażając swoją postawą jakąś ideę, ale nigdy głęboko skrywane emocje. To był wręcz żałosny widok i właśnie to psuło mu radość, choć przecież właśnie na to czekał.






Ranvalijczycy zgromadzili się nad Nowym, pochylając się w milczeniu. Ktoś go szturchnął butem.
- Odsuńcie się, idioci! - warknęła Mirell rozpychając ich na boki. Kompletny brak pomyślunku! Rzuciła się na kolana i przysunęła policzek do ust Ariela.
- Oddycha – powiedziała z ulgą. Atmosfera się rozluźniła i mężczyźni znów zaczęli się nad nimi pochylać, pomrukując.
- Panowie, on potrzebuje powietrza – poinformował ich Rafael, na co ci znów się odsunęli. Każdy jednak przyglądał się z zaciekawieniem, bo takiego przypadku w ich oddziale jeszcze nie było.
Mirell wachlowała Nowego rękami, Rafael tylko stał nad nią z założonymi rękami, a reszta się gapiła.
- Może mi pomożesz? - zapytała Rafaela z rozpaczą w głosie.
- Nie – odparł.
- Jak możesz w ogóle....?! - oburzona aż wstała, drżąca ręka łatwo znalazłaby drogę do jego twarzy. Mężczyźni patrzyli oniemiali na kolejną w tym tygodniu dramatyczną scenę.
- Nic mu nie będzie, oddycha, przyjdzie do siebie w stosownym czasie.
- A jak się nie obudzi?! - wykrzyknęła ze łzami w oczach. Ich twarze były niebezpiecznie blisko. Za blisko jak dla chłopaka, choć mimo tego się nie poruszył. Drgnęła mu tylko brew, ale i to nie umknęło jej uwadze. Po chwili pozbierał się.
- Obudzi się, spokojnie – zapewnił ją – To młody, silny chłopak.
Podziwiał twarz Mirell, całą napiętą we wściekłości, przyglądał się kryształowym łzom w jej oczach, w jej niemal czarnych oczach.
Odwróciła się na pięcie prychając i dalej wachlowała nieprzytomnego chłopaka. Rafael również się odwrócił i ruszył powoli do koszar.
- Przepuścił błyskawicę przez serce – rzucił na odchodnym - to się z reguły źle kończy.




Nieśmiałe pukanie wyrwało Heresa z drzemki. Przetarł oczy, ziewnął. Pukanie stało się bardziej odważne. Mlasnął, poprawił ubranie. Pukanie stało się stanowcze. Nalał sobie wody i upił łyk. Pukanie stało się wręcz natarczywe.
- Czego! - to nawet nie było pytanie. Drzwi się otworzyły i ukazał się w nich paź. Poznał te oczy, tak samo wyzywające jak wtedy.
- Książę, Jego Wysokość król cię wzywa – oznajmił. Heres uniósł kubek nad głowę i rzucił nim w chłopca, który w ostatniej chwili zamknął drzwi. Młody książę słyszał, jak odsapuje na korytarzu.
Jak on śmie tu wracać?! Jak śmie pokazywać swoją bezczelną twarz w jego drzwiach?! Wpada tu, wyrywa go z drzemki z wyzywającym uśmiechem na ustach! Lizus jego ojca, balansuje na niebezpiecznej krawędzi.
Spojrzał na smętne skorupy rozrzucone po całej komnacie. Uniósł jedną, która wylądowała pod jego stopami, na wysokość oczu i przyglądał jej się obracając ją w palcach. Coś, co było tak normalne, kubek, który przez cały czas stał obok niego, miał tak ostre krawędzie. Niby nic, a tak ostre. Uniósł lewą dłoń i pogładził krawędź. Poczuł ciepłą strużkę krwi biegnącą w dół palca. Uniósł rękę wyżej i z otwartymi ustami przyglądał się, jak kropla błądzi w jego dłoni. Linia serca? Jak rzeka krwi. Linia losu jak głębokie, żyzne koryto.
Kiedy już będzie królem, nie będzie dwulicowych sługusów.




Chata stała wśród pól, choć nie należały one do właściciela. Jedyne co było jego, to mała jabłonka niedaleko wejścia. Okiennice były otwarte, drzwi w ogóle nie było. Dach uginał się już pod własnym ciężarem. Przed chałupą było palenisko, nad nim przepalony rożen.
Podobno utrzymywał się z tego, co znalazł, czasem upolował, ale głównie z tego co przynieśli mu okoliczni chłopi. Zresztą nie mógł potrzebować za wiele, był już przecież stary, nie pracował.
Delikatny, ciepły wiatr przeczesywał pieszczotliwie złote kłosy, przetaczał się przez pola. Cała okolica zdawała się falować na wietrze, a on z nią. Nigdy nie sądził, że zachwyci się tym widokiem. A jednak. Ani żołnierski stan, ani nawet wojna nie mogły zaprzeczyć temu pięknu. Ten jeden z nielicznych słonecznych dni był niczym błogosławieństwo dla jego zmęczonej duszy. Dopiero teraz Maverick zdał sobie sprawę jak bardzo był zmęczony tym wszystkim. Zawsze myślał, że inaczej się nie da, że trzeba żyć na pełnych obrotach, żeby poczuć życie, wykorzystać je. Może nawet być go godnym? Nie cierpiał marnowania czasu. Pójście do wojska było rzeczą tak naturalną jak oddychanie. Trzeba bronić kraju, wolnej ojczyzny. Bo jakie zasługi ma farmer albo garbarz? Czym przyczynia się światu introligator lub kowal?
Teraz jednak zaczął zdawać sobie sprawę jak wspaniale byłoby być takim farmerem, który nie musi się przejmować wielkimi problemami i nie ryzykuje jedynej rzeczy, którą naprawdę mamy na własność – życia. Żyje od siewów do żniw, a taki krajobraz ma na własność. Żona, dzieci, pies i pianie koguta o brzasku.
Z marzeń wyrwał go ruch przy chacie. Starzec powoli zdążał do wygódki nie rozglądając się wokół. Maverick postanowił nie rzucać się na razie w oczy z oczywistych przyczyn. Usiadł tylko pod drzewem i, zamknąwszy oczy, oparł o nie plecy. Czuł każdą nierówność kory i powoli się w nią zanurzał. Nigdy właściwie nie obcował z naturą. A ta woń...
- Ktoś ty? - usłyszał zachrypnięty głos starca. Otworzył jedno oko i zmierzył go. Wypłowiała, czerwona koszula podkreślała bladość jego skóry, luźne bure portki obwisały na chudym ciele, oczy wyłaziły mu z orbit, a siwe włosy już od dawna nie mogły się szczycić mianem gęstej czupryny.
- Wspaniała jabłoń – odparł nie na temat wstając i gładząc pień.
- Tutaj każda jabłoń jest piękna – powiedział na to starzec – To dzięki duszom.
Maverick wpatrywał się w zaczątki owoców w koronie drzewa i wciągał urokliwy zapach okolicy.
- Herbaty? - zapytał rzeczowo starzec podpierając się pod boki.
- Chętnie.
Ranvalijczyk zniknął w chacie, a Hugo znów usiadł pod drzewem. Nigdy nie czuł potrzeby przebywania w takim miejscu, ale teraz coś jakby się zmieniło. Nie wiedział, czy na stałe, czy to tak tylko pod wpływem chwili, ale czuł jakąś tęsknotę w sercu. Już wiedział, czemu Aldo... Nie.
- Jest i herbata – usłyszał głos starca wynurzającego się z domu. Kapitan wstał szybko i zdecydowanie.
- Może od razu przejdę do sedna – powiedział sucho. Dawna natura powróciła dość szybko – Nazywam się Hugo Maverick. Jestem kapitanem Wojsk Wolnego Królestwa, dowódcą pierwszego, siódmego oraz jedenastego oddziału obronnego twierdzy Nemm.
Tytuł w pełni zatarł melancholię i chwile słabości.
Starzec otworzył tylko szerzej oczy i przechylił głowę, po czym odstawił herbatę na parapet.
- Chyba nie chce mnie pan zwerbować do wojska, kapitanie? - zapytał z kwaśnym, żałosnym chichotem – Jestem już stary i doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Nie jestem w stanie pomóc Wolnemu Królestwu.
- Przychodzę w innym celu.
- Ach, wojskowi. Zawsze tak oficjalni i mało elastyczni – westchnął strzec i sięgnął po swój kubek. Siorbnął łyka unosząc oczy ku niebu. Wskazał Hugonowi drugi kubek i cierpliwie czekał, aż ten go weźmie. Gdy wychylił łyk, kontynuował:
- Mam problem z jednym z twoich ziomków.
- Ach, bojowy duch Ranvalii, czyż nie? - na usta staruszka wstąpił szeroki uśmiech i przymrużył oczy w zadowoleniu – I dobrze – wyparował nagle – Duch Ranvalii musi być wolny, sukinsyny! - wykrzyknął i machnął ręką na podkreślenie swoich słów, przy czym tylko rozlał pół kubka herbaty.
- Nie przyszedłem rozmawiać o konflikcie naszych krajów, tylko o Rafaelu – przerwał mu ze spokojem. Staruszek spojrzał na niego spode łba ssąc poparzony kciuk.
- O Rafaelu – powtórzył po chwili siadając w progu. Syknął, gdy pogładził ostrożnie poparzony palec i wsadził go sobie z powrotem do ust – Nie mam pojęcia kto to jest.
- Doskonale wiesz... Urrel.

 



Głosuj (0)

druga-corka 14/08/2010 14:52:42 [Powrót] Komentuj



u mnie nowy rozdział Historii pewnej Śmierci, zapraszam :)
http://blendow.blogspot.com/
frgt10 20/09/2010 21:54:04
| brak www IP: 89.73.114.212

hej :)
u mnie na http://historiapewnejsmierci.blogspot.com/ jest nowy rozdział. zapraszam! :)
frgt10 5/09/2010 12:55:14
| brak www IP: 89.73.114.212

cieszę się, że Ci się podobało :)
frgt10 16/08/2010 19:17:12
| brak www IP: 89.73.114.212

dzięki za komentarz :) cieszę się, że Ci się podobało!

hmm... rozwaliło mnie jedno zdanie - Ach, bojowy duch Ranvalii, czyż nie? - po prostu odpadłam, kiedy wyobraziłam sobie, jak zostało wypowiedziane... *_* czekam na więcej! :)
frgt10 15/08/2010 19:41:06
| brak www IP: 89.73.114.212







Archiwum


2011
Kwiecień
2010
Listopad
Październik
Sierpień
Lipiec
Maj
Marzec
2009
Grudzień
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec


Ulubieni


.
azeroth.blog4u.pl
.
.
znikajace-gwiazdy.blog4u.pl
.
veaerlande.blog4u.pl
magia-smoka.blog4u.pl

 


Szablon wykonała Marzycielka dla druga-corka .